Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
piątek, 4 kwietnia 2025 05:22
Reklama

Okoliczności choroby zawodowej

Okoliczności choroby zawodowej

Nie pił w pracy. Była to strefa szczególnego zagrożenia, wysoce niebezpieczna, wysokiego ryzyka. To go wyróżniało spośród innych pracowników gorzelni. 

Sumienny – tak o najstarszym pracowniku, Teodorze Szypkim, mówił kierownik Szymon Chochelka, którego tolerowały władze zwierzchnie, bo umiał przypilnować. A gdy już kogoś złapał umiał przemówić do rozsądku. I ten, do którego przemawiał, od razu przestał pić. Oczywiście tego dnia. Zapewniał, zarzekał się, że już nigdy w życiu, bo żona, dzieci, tę pracę musi mieć. Ale po nocy wstawał dzień i ludzie szli do pracy. Nie rowerem, nie motorem ani komarkiem. 

Wyłącznie na piechotę 

Na nogach. A jak kto miał daleko był pekaes. To był właśnie pomysł Teodora Szypkiego, który  sam przećwiczył rozmaite sposoby opuszczania gorzelni po zakończeniu ciężkiej, dla zdrowia, pracy.

Wypada tu przypomnieć, że pracownicy gorzelni, zanim przepis o chodzeniu wszedł w życie, stawali się łatwym łupem gliniarzy z miasta powiatowego. W ich sieci, zastawione na rozstajach dróg, wpadali  najbardziej nawet zasłużeni, długoletni pracownicy dbający o wysoki poziom wyrobów spirytusowych, rowerzyści, motocykliści i motorowerzyści. Wiadomo czym to się kończyło. Wylot z roboty.

Była też druga strona medalu, wysoce niepokojąca, a dotyczyła w konsekwencji spraw kadrowych. Zaczęło ubywać pracowników. Spadły na łeb, na szyję wyniki.

- Zróbcie coś z tym – grzmiał przybyły z województwa koordynator gorzelni w województwie. - Zróbcie sami, tu, na miejscu, konkretnie tu – tłumaczył zawile. - Ruszcie głową, bo jak my wam kogoś przyślemy, to nie ręczę... - koordynator nie dokończył, a przekleństwo, podkreślające siłę argumentu, wisiało w powietrzu.

Sprawa stanęła na ostrzu noża 

Szymon Chochelka, kierownik ponad stuletniej gorzelni, którego portret zawieszą kiedyś na ścianie w galerii dawnych właścicieli i zarządców, zaczekał aż koordynator z wojewódzkiego miasta opuści teren zakładu pracy i dopiero wtedy rozłożył ręce. Świadkiem tego niepokojącego odruchu były kadrowa Stefka  Podgórna, sekretarka Ewka i sprzątaczka pani Benia. I to właśnie ona, pani Benia, wybawiła kierownika z rozłożonych rąk. 

- Niech się ruszą związki zawodowe. Niby są, a nic nie robią – pani Benia znała nie tylko wszystkie zakamarki gorzelni, ale też złożoną problematykę socjalną.

- Jest ich aż cztery, z „Solidarnością” licząc i nic nie robią – dodała sekretarka Ewka.

- Nie jest to prawda, ale nie zaprzeczam – stwierdziła kadrowa, która przewodniczyła związkowi zawodowemu pracowników biurowych gorzelni w...

Wtedy nieocenionym doradcą stał się Teodor Szypki. Przede wszystkim opanował gorące głowy związkowców, którzy 

już szykowali się do strajku, 

napisali swoje postulaty, stawiając na pierwszym miejscu: przywrócić do pracy naszych kolegów złapanych przez gliniarzy w stanie nietrzeźwym. W drugim punkcie był apel do władz zwierzchnich gorzelni o podwyżki. W trzecim wniosek, aby raz w miesiącu, a konkretnie w pierwszy piątek miesiąca, ustanowić „Dzień Nietrzeźwości”.  W kontrze do „Dnia Trzeźwości”, bowiem w praktyce wyglądało to tak, że piło się na umór przez pozostałe dni. A teraz będzie na odwrót. Wszystkie trzy postulaty były przedmiotem rozważań związkowców. W negocjacjach nie przeszła propozycja Piotra Łyszki,  aktywisty branżowego związku pracowników zacieru, żeby „Dzień Nietrzeźwości” obchodzić raz w tygodniu. Wniosek nie przeszedł. Uznano, że byłoby to niemoralne.

Najważniejsze, że wyrzuceni z gorzelni wrócili do pracy, na swoje stanowiska, gdzie sprawdzali się przez lata. Teodor Szypki, który mimo że miał swoje za uszami, wyszedł na ludzi, jak zauważył to kierownik Chochelka, stał się wzorem do naśladowania. Wiedział, mówiąc wprost i bez ogródek, jak rozmawiać z ludźmi, rozumieć ich intencje, przyzwyczajenia i – co najważniejsze – przywiązanie do tradycji gorzelni. Warto tu też dodać koniecznie, że Szypki był autorem inicjatywy napisania książki o historii gorzelni. Dla tych z województwa była to olbrzymia niespodzianka. Długo nie wiedzieli co z tym zrobić. 

- Widzicie, koledzy – w rozmyślania władz zwierzchnich wszedł koordynator wojewódzki, wydawało się, że powie byle co, ale zaczął przemawiać. - Na takim zadupiu, że tak powiem, rodzą się ciekawe, żeby nie powiedzieć bardzo interesujące inicjatywy. Pragnę zauważyć – dodał – że w wyniku mojej interwencji i postawieniu sprawy na ostrzu noża, ruszyło się tam, u Chochelki. No i sam Chochelka dowodzi, że się doskonale sprawuje na tym kierowniczym stanowisku. Owszem, wiem że pije, ale po pracy. I nauczył tego wielu uczciwych i sumiennych pracowników. Zawrócił ich z drogi pijaństwa. Nie powiem, że nie piją, ale piją w domu. Musimy jednak przyjąć, koledzy, że oni pili, piją i będą pić. Ponieważ pijaństwo to choroba zawodowa. Taka nasza tradycja. Ale z tą książką... ręce same składają się do oklasków. Czy ktoś z zarządu chciałby coś dodać, jakieś pytania?

Nikt się nie wyrywał, nie chciał komentować, zadawać pytań, bo mogły to być głupie pytania. 

Sprawę książki przyklepano 

Przyznano dotację, znaleziono wydawnictwo, co na zadupiu zrozumiano właściwie: do roboty! W województwie uznano, że skoro w gorzelni na zadupiu za chwilę ruszy budowa instalacji do metanizacji wywaru gorzelnianego wraz z zespołem kogeneracyjnym o mocy do 3,5 Mwe, to wpakuje się w koszty tej inwestycji książkę na jubileusz 125 lat gorzelni, przypadający na jesień 2025. I to będzie trzymało się kupy.

Teodor Szypki, który całość wziął na siebie, wraz z sekretarką Ewką usiedli do zajęć koncepcyjnych. Mieli dwa wyjścia; albo napisać wspólnie spędzając w archiwum wojewódzkim i bibliotece uniwersyteckiej mnóstwo czasu, albo wejść w układ z dziennikarzem, z „Nowin  Wojewódzkich”, który co jakiś czas pojawia się w regionie. 

- Odpalimy mu działkę i niech się męczy – Szypki wyszedł z tym pomysłem.

- Ale nasze nazwiska muszą być na okładce – Ewka chciała mieć pewność co do szczegółów.

- No masz, nie może być inaczej!

Dziennikarz wziął urlop

okolicznościowy, rozejrzał się, w pobliskim miasteczku przenocował. Tydzień w moteliku przy stacji benzynowej. Na początku, oprócz Szypkiego, sekretarki Ewki, pani Beni i kadrowej Stefki Podgórnej, i kierownika Chochelki nikt nie chciał z nim gadać. A plan miał taki, żeby na zadupiu zebrać materiały z nie tak odległej przeszłości i jak to wszystko się toczy teraz, w miasteczku pozbiera jakieś wycinki z przedwojennej prasy, stare zdjęcia, resztę załatwi w archiwum i wojewódzkiej bibliotece, może trzeba będzie zajrzeć do biblioteki uniwersyteckiej.

Rzeczywistość zweryfikowała te plany. Najbogatszy materiał tkwił w ludziach, z ich spotkaniami codziennymi z gorzelnią, zapachami, z piciem, trzeźwieniem i niepiciem, z domowymi awanturami, błaganiami kobiet, zapłakanymi dziećmi. 

No tak, ale żeby trafić do tych tematów musiał się napić. O różnych porach dnia i nocy. Ze szklanki, z chochli, kanki, wiadra, niekiedy z miski lub talerza. Nie umiał tak pić ale się szybko nauczył. 

Opowieści sypały się jak z rękawa. Był już po imieniu z gorzelnianymi i łykał wszystko co mu podsunęli. Historie prawdziwe i nieprawdziwe, prawdopodobne i nieprawdopodobne. Błahostki i epizodyczne zdarzenia, banały...

Z notatnika reportera

„...Szedł bardzo wolno, szurając nogami. Trzymał się prosto. Na bramie tylko machnął ręką dozorcy. Ten pytał co tak ciężko. Od tego stania. Muszę wolno, powinienem o lasce, ale...głos wędrującego pracownika gorzelni po zmianie znikał. Dalej szedł szurając gumofilcami. Miał w nich kilka litrów spirytusu i kawał drogi przed sobą. W lewym miał mniej, bo kulał na lewą nogę...”

„...dali my słowo, że pić nie będziem, w robocie. Kierownikowi bardzo zależało, żeby wszystko grało, jak trza. Więc my mówim, że nie będziem pić, słów na wiater rzucać nie będziem. Ale co nasze to nasze. Ja zrobił tak jak inni. Wzionem grzejkę. Tak się u nas nazywa termofor, czy jakoś tak. Na brzuch jak boli. Do tej grzejki nalałem co się należało, za dnia pracy. Sznurek, na szyję i idę. I tak sobie idę. Na bramie żadnych pytań, no to idę. I tak szłem z pracy. Prosto do domu....”

„... piłem, piję i będę pił. Ale nie w pracy. Pracę szanuję i wiem co bym stracił. Już raz straciłem, ale odzyskali mnie. Nie znaleźli lepszego fachowca... Ziemniaki i zboże, z tego gorzelnia żyje, a ja z niej. Tak się to szczęśliwie poukładało”

„...Historia gorzelnictwa sięga zamierzchłych czasów. Na przykład, pierwsze opisy otrzymywania spirytusu z wina pochodzą z XII i XIII w. Przekonanie o leczniczych właściwościach spirytusu przyczyniło się do rozpowszechnienia jego produkcji oraz rozwoju od XV w. gorzelnictwa jako rzemiosła…” „... gorzelnia - kolorystyczne miejsce. Alkohol – bezpieczny napój. Z historii wiemy – może to kogoś zdziwi -  w ciągu wielu lat alkohol był jedynym bezpiecznym napojem, a komu się to nie podobało, mógł pić brudną wodę. Mocne trunki – jak podkreśla znawca tematu Dymitr Zagacki  - towarzyszyły ludziom w najbardziej ważnych momentach życia – podczas wesel, chrzcin, pogrzebów lub choroby. Bez szklanki z piwem lub gorzałką nie można więc było sobie wyobrazić ani chłopa, ani szlachcica-sarmaty...”                                                                                                     Dziesiątki opowieści. Niemal wszystkie utkane z relacji pracowników aktualnych i byłych gorzelni na zadupiu. W księgach starych, nawet parafialnych.  Reporter zapłacił za nie zdrowiem, samopoczuciem, kacem. Wyleciał z redakcji; tego mógł się spodziewać.  Ponieważ uznał, że jego wkład w powstanie książki na okoliczność 125 – lecia gorzelni na zadupiu jest stuprocentowy, oddał zaliczkę sekretarce Ewce i wydał pod swoim nazwiskiem.                                                                                                               Tekst i fot. Bogumił Drogorób


Podziel się
Oceń

Napisz komentarz

Komentarze

Reklama
Ostatnie komentarze
Autor komentarza: LupusTreść komentarza: Narazie zabawa. Oglądaliśmy rzuty. Grzmi tylko oszczepniczka małolatka U-14. Za rok prawda o potędze wyjdzie albo nie. Kto wejdzie na bieżnię, ten jest lekkoatletą, a ten kto z nimi jest na bieżni jest trener z nazwy. Data dodania komentarza: 16.05.2023, 20:44Źródło komentarza: Lekkoatletyka. Sukcesy brodnickich biegaczyAutor komentarza: KuracjuszkaTreść komentarza: Ale NUMER opisał super Redaktor Bogumił! A tak naprawdę - to z czekaniem do sanatorium - to też numer i to w kolejce długiej! A tyle dajemy na NFZ, by zdrowym być i marzyć, by mieć wciąż te dzieścia lat.. kuracjuszka, ale jeszcze bez numeru.....Data dodania komentarza: 11.05.2023, 20:13Źródło komentarza: Sanatoryjny numer 4457Autor komentarza: joko Treść komentarza: Niech się wasz trener nie chwali . Słyszałem ze dawniej jemu wszystkie plany przysyłał i był na obozach jakiś trener z Iławy. Dlatego w mukli miał nawet mistrzów Polski na 400m i w sztafetach. Teraz leci na jego planach, ale wyników medalowych to oni od 6 lat nie mają, bo z tego trenera zrezygnował. Mukla ma nawet dobry do LA stadion a lepiej żeby miała dobrego trenera do medali. Chyba że wpadnie mu jakiś zawodnik co był już mistrzem Polski, to może zrobi z niego mistrza województwa. Data dodania komentarza: 9.04.2023, 09:00Źródło komentarza: Lekkoatletyka. Pot i ciężka pracaAutor komentarza: lolek Treść komentarza: Mierne ta wyniki latem mieliścieData dodania komentarza: 8.04.2023, 20:30Źródło komentarza: Lekkoatletyka. Pot i ciężka pracaAutor komentarza: WiKTreść komentarza: Życzę powodzenia i zachwyconych gości. Oczywiście ciekawa jestem jak kaczka się udała?Data dodania komentarza: 7.04.2023, 23:17Źródło komentarza: Kaczka faszerowana kasząAutor komentarza: CzesiaTreść komentarza: Super Wiesiu! Takie danie po nowemu zrobię na te Święta, bo do tej pory głównym dodatkiem był ogrom jabłek... Dzięki za przepis.. Dam znać, jak smakowała gościom... pozdrawiam już z apetytem! CzesiaData dodania komentarza: 7.04.2023, 17:17Źródło komentarza: Kaczka faszerowana kaszą
Reklama
Reklama