Mistrz harmonijki, czołowy bluesman tego gatunku muzyki w kraju, odwiedził z recitalem Gminny Ośrodek Kultury w Skrwilnie, dowodząc iż nie tylko wielkie sale koncertowe są godne gościć muzyków o międzynarodowej sławie.
Pretekstem do muzycznych opowieści bluesowych była interesująca książka „Bluesowy alfabet Sławka Wierzcholskiego” napisana po wielogodzinnych sesjach z muzykiem przez Mariusza Szalbierza, dziennikarza muzycznego. Tu istotna dygresja – książka została wydana przez znaną już nie tylko w kraju toruńską oficynę „Wydawnictwo Adam Marszałek”.
W Skrwilnie Sławek Wierzcholski zaprezentował się przede wszystkim jako muzyk, który – jedynie w części – spełnił marzenia swego ojca, studiując prawo na UMK w Toruniu, kończąc je bez problemu z tytułem magistra.
- Ojciec mówił, że muzyka to nie to z czego możesz żyć, zajmij się synu czymś co ci da pewną stabilizacje życiową. Ojciec był rzemieślnikiem i jego sposób patrzenia na rzeczywistość był właśnie taki, bardzo konkretny – opowiadał bluesman; m.in. ta historia jest zawarta na kartach wspomnianej książki.
Nie zachowując chronologii toruński bluesman wspominał epizody z bogatej, ponad pięćdziesięcioletniej kariery artystycznej. Tu warto zasygnalizować wydarzenie, o którym mało kto wie, nawet w środowisku muzycznym. Otóż każdego dnia, w 1 Programie Polskiego Radia, punktualnie o godz. 12.00 można było wysłuchać hejnału z Wieży Mariackiej. Zdolni trębacze w strażackich mundurach wchodzili po schodach, otwierali okienko, wystawiali trąbkę i grali hejnał. Któregoś dnia poszedł w eter radiowy komunikat, że w wyniku pewnych kłopotów technicznych „dziś hejnał nie będzie zagrany na trąbce”. No więc widzowie gromadzili się na krakowskim Rynku a rzesze przed radioodbiornikami.
- Przebrali mnie w strój lajkonika, wszedłem na górę i z Wieży Mariackiej zagrałem hejnał na harmonijce. Na cztery strony świata. Wyjątkowe zdarzenie, nie tylko w kategorii muzycznej – wspominał Sławek Wierzcholski i na dowód zagrał wspaniale hejnał przed publicznością zgromadzoną w skrwileńskim Domu Kultury.
Opowieści muzyczne przeplatały się muzyką na żywo, jako że artysta grał na harmonijce Hohnera (o zaletach instrumentu tej najstarszej w świecie niemieckiej firmy muzycznej, festiwalach mistrzów harmonijki mówił szeroko, z muzyką w tle), na gitarze, przede wszystkim wykonując utwory, do których tekst napisał. Opowiadał też o muzycznym dialogu instrumentów.
Jako założyciel i współorganizator „Nocnej Zmiany Bluesa”, znanego nie tylko w kraju zespołu karmionego i karmiącego bluesem, poświęcił sporo uwagi historii tego teamu, który ostatni swój jubileusz – 50 lat istnienia – obchodził już 2 lata temu.
I rzecz najważniejsza – „Polski Blues”, hasło, które pisać trzeba dużymi literami. To właśnie dzięki Sławkowi Wierzcholskiemu i jego przyjaciołom, bluesa możemy posłuchać nie tylko w wykonaniu polskich muzyków, wokalistów, ale także utworów w języku polskim. Jeden z nich pod tożsamym tytułem „Polski blues” - przy rytmicznym klaskaniu przez uczestników bluesowego recitalu – artysta zagrał na jego zakończenie. Tu konieczna uwaga; Sławek wzbrania się przed kreowaniem swoich tekstów jako poetyckich, jak gdyby obawiając się, iż to nieuzasadniony zaszczyt. W mojej ocenie, człowieka zajmującego się m.in. literaturą, zarówno poetyka kompozycji muzycznej jak i słowa nią zainspirowane stanowią autentyczny dowód na przenikanie wielu różnych gatunków sztuki. Tak się dzieje z muzyką i poezją, z poezją i malarstwem, z malarstwem i muzyką. Poetą był nie tylko Bogdan Loebl, który pisał do muzyki Tadeusza Nalepy, Agnieszka Osiecka, pisząca dla „Skaldów”, Maryli Rodowicz czy Teresy Tutinas, ale jest nim także Sławek Wierzcholski, który pisze dla siebie i komponuje, śpiewając o swoich emocjach i uczuciach tak: już zapada zmierzch/w głowie cichnie szum/padam ze zmęczenia/lecz nie zaznam snu/którą to nic już/spać mi nie da polski blues.../przecież wszystko mam/co pragnąłem mieć/co na koniec świata zapędziło mnie/więc dlaczego znów/przyszedł do mnie polski blues....
Tekst i fot. Bogumił Drogorób
Napisz komentarz
Komentarze