W tym roku znany kapłan, duchowny i zakonnik z zakonu Marianów, nestor dziennikarstwa polskiego, były redaktor naczelny „Tygodnika Powszechnego”, aktualnie redaktor senior, twórca polskiego wydania „Osservatore Romano” i jego redaktor naczelny ukończył latem tego roku 90 lat.
Jest postacią znaną nie tylko w środowisko dziennikarskim, wśród duchowieństwa, należy bowiem do elity intelektualnej – chrześcijanin, Europejczyk, humanista. Z jego rozmaitych wypowiedzi, także natury politycznej czy socjologicznej, wybraliśmy te fragmenty, które w znakomity sposób korespondują z treścią naszej konferencji „Pogodna starość”. Nie zakładamy, iż jego myśli będą dla nas wskazówką, raczej interesującą refleksją. Ponieważ – słów dostojnego kapłana, otwartego na sprawy Kościoła, kontrowersyjnego dla wielu hierarchów Kościoła, lekceważyć nie można.
- Jeśli miałbym napisać vademecum staruszka, zacząłbym od tego, że ludzie starsi powinni szczególnie starać się maskować swoją głupotę – powiada duchowny. Przeglądam właśnie dawne listy, których przez ostatnie kilka lat uzbierały się pełne pudła. Gdy się w nie wgłębiam, wyłaniają się ludzie, miejsca. Objechałem dużo krajów, choć wyjazdy nigdy nie były ważne same w sobie. Dorastałem w czasie okupacji, potem w Polsce Ludowej, może dlatego nie czułem konieczności podróżowania. W niektórych krajach zostawałem na dłużej, w innych zatrzymywaliśmy się na kilka dni, np. w czasie podróży z papieżem.
- Obserwowałem, jak w jednym kraju pewne sprawy były dla ludzi ważne, w innym – te same kwestie zupełnie nieistotne. Znajomy jezuita powiedział mi dawno temu, że lepiej wyjechać na pół roku do obcego kraju, niż zapisać się na kolejne studia. Coś w tym jest. Dłuższe podróże pozwalały złapać dystans do wielu spraw, zobaczyć, że napięcia są nie tylko u nas.
- Została mi w pamięci pogoda ducha mieszkańców baraków na obrzeżach Kurytyby w Brazylii. Okropne warunki, w jakich mieszkali. Świeżo podciągnięta do baraków kanalizacja. A ci ludzi byli pogodni, weseli. Do teraz mam przed oczami ich twarze, roześmiane, życzliwe.
Albo moja pierwsza podróż do Paryża. Wyjechałem z komunistycznego kraju do miejsca, gdzie wszystko było inaczej. Żadnej cenzury, żadnych ubeków. Można było wreszcie przestać uważać na to, z kim się rozmawia.
Na początku czułem się tam potwornie obco. Słabo mówiłem po francusku, nie znałem miasta. Powoli uczyłem się języka, intensywnie starałem się poznawać nowych ludzi. Jeśli tylko znajdowałem jakieś wydarzenie, na które wstęp był za darmo, szedłem. Po kilku miesiącach trafiłem na francuską parafię, gdzie wszyscy mówili już tylko po francusku. Bardzo dobrze to wspominam.
Pamiętam też taki moment, choć nie potrafię go dokładnie umieścić w czasie, gdy poczułem, że we Francji jestem u siebie. Że mógłbym tam zostać na zawsze. Po dwóch latach musiałem jednak wyjechać. Potem wracałem jeszcze do Paryża kilkukrotnie, ale miasto wydało mi się już zupełnie inne od tego, które poznawałem za pierwszym razem.
Czy nie rozważałem wyprowadzenie się z Polski na stałe, np. do Rzymu? Nie, na pewno nie.
Doświadczenia watykańskie były ciekawe, ale też specyficzne. Świat bardzo hermetyczny. Sprawy kurii, te jawne, które się komentowało, i te, które nigdy nie wychodziły poza jej mury. Tematy wewnętrzne, które poza Watykanem niewiele znaczyły.
Mały świat, choć wciągający. Jak teraz czytam o Watykanie, to sobie uświadamiam, że byłem tam w epoce, która się skończyła.
Co się zmieniło? Styl papiestwa. Kościół jest instytucją ludzką, czyli błądzącą. Zawsze taką był. Obecny papież nie boi się wskazywać na te błędy. Możliwa jest też krytyka pontyfikatu. Dzięki temu jest normalniej. Ludzie nie boją się zadawać pytań. Trwa kolejny etap pozbywania się atmosfery cudowności i wiary mimo wszystko. Zaczyna się nowa epoka w relacjach Stolica Apostolska–wierni. Wiele rzeczy, które były pozorami, przestaje funkcjonować.
Franciszek, poza tym, że narzucił inny styl papiestwa, zatrudnił nowych ludzi w kurii. Pytanie, kim będzie jego następca i czy środowisko kurialne będzie chciało kontynuować zapoczątkowane przez niego reformy. Jeśli tak, wszystko może się zdarzyć. Kościół uwalnia się z mitów, także z systemu władzy, który choć jest konieczny w tak dużej instytucji, może ją też zniszczyć. Ważny moment dla Kościoła.
Czego życzyłbym Kościołowi? Chyba tego, żeby się wyzbył zakłamania. Oraz tego, żeby kościelne zaszczyty oznaczały dla ludzi je otrzymujących nowe zadania, a nie celebrę godności.
Watykańskie środowisko nie przyciągało mnie nigdy specjalnie. Różnica między Paryżem a Rzymem była też taka, że Paryż był moim wyborem, a Rzym – wyborem moich przełożonych. Pojechałem tam najpierw na studia, potem Jan Paweł II zlecił mi przygotowanie i kierowanie polską edycją „L’Osservatore Romano”.
Tworzymy swoje życie, ważne, żeby to wiedzieć. Są decyzje, które sami musimy podjąć. To nie jest tak, że jesteśmy w życiu miotani przez niezależne od nas okoliczności. My decydujemy. I albo nic nie zrobimy: „niech zostanie, jak jest”, albo wchodzimy w coś nowego, nawet jeśli nie wiadomo, jak się to skończy i do czego nas doprowadzi. Ryzykujemy, wybieramy rzeczy nieznane. Wychodzimy na tym lepiej albo gorzej. Z perspektywy mogę powiedzieć, że wszystko, co w moim życiu najcenniejsze, było moim wyborem.
- Być może dla niektórych nie byłem wzorowym zakonnikiem, ale dla mnie to było bardzo dobre, że takim byłem. Czy dla mojej zakonności też było to dobre? To inna sprawa, ale myślę, że nie było takie złe.
- Warto zaryzykować, jeśli jest się do czegoś przekonanym, i wejść w sytuację, z której nie wiadomo, co wyniknie. Nawet jeśli się zbłaźnisz, bo podejmujesz się czegoś zupełnie nowego, a nie wiesz, czy sprostasz. Skończywszy na tym, że możesz swojego wyboru żałować.
Jednak przed trwaniem w jednym miejscu trzeba się bronić. Mam już 90 lat… to jednak jest niezły wiek. I muszę przyznać, że teraz jestem trochę zagubiony. Mieszkam w bezpiecznym miejscu, mam tutaj wszystko, co jest mi potrzebne, a nawet więcej, ale coraz bardziej czuję, że chciałbym jeszcze spróbować tej mojej starości.
- W jaki sposób? Możliwie przytomnie żyć. Na starość warto zdawać sobie sprawę, że powoli traci się świadomość tego, co się dzieje. Zawsze nam się zdaje, że jesteśmy na bieżąco, ale jak się posłucha innych… Jeśli miałbym napisać vademecum staruszka, zacząłbym od tego, że ludzie starsi powinni szczególnie starać się maskować swoją głupotę.
W młodości głupotę maskuje się odruchowo. Wciąż ktoś czegoś od nas oczekuje. Na starość te oczekiwania innych maleją, więc dużo łatwiej przestać maskować swoją głupotę.
Nie czuję się mądry specjalnie, być może także z powodu mojego udaru, po którym jednak wróciłem do życia, ale czuję się wyzwolony.
- Jestem stary. Jest to właściwie odkrycie. Np. nie mogę już szybko chodzić. I nie wiem, czy kiedykolwiek będę jeszcze mógł. Uczę się życia innego, niż miałem do tej pory. Sporo rzeczy trzeba z niego wykluczyć. Także takich, które wcześniej nie sprawiały problemu. Nie ma się na coś siły ani zdrowia. Np. na podróże zagraniczne – w pewnym momencie więcej kłopotu z takim facetem niż pożytku.
Podświadomie się też wie, że czasu jest niewiele. I nawet jeśli się o tym nie myśli specjalnie, to np. pewnych książek się już nie czyta, bo szkoda na nie czasu. Jestem jednak spokojny. Nie muszę wszystkiego przyjmować.
- Spokój, podobnie jak szczęście, też jest chyba „produktem ubocznym”. To jest coś, co wynika ze sposobu życia, także z tego, co wyniosło się z domu. Można powiedzieć, że moje dzieciństwo było ciężkie. Mój ojciec zginął w czasie wojny, został zamordowany przez gestapowców. Moje młodsze rodzeństwo nawet go nie pamięta. Zostaliśmy sami – pięcioro rodzeństwa i nasza mama. To się tak wydaje, że wszystko da się przetrwać, ale chciałbym wracać do tamtego czasu. Poza tym wojna, która była strasznym wydarzeniem. Ciągle ktoś ginął. Gdy się skończyła, straciliśmy majątek. Zaczął się nowy czas w historii Polski, a my nie byliśmy ani na szczycie, ani na samym dole. Pozbawili nas włości, tośmy byli bez włości. Rola mojej mamy, która bardzo przeżyła śmierć mojego ojca, a potem żyła dla nas. Ona takie uderzenia losu brała na siebie, nas osłaniała. Sprawiała, że myśmy właściwie tych złych wydarzeń tak nie odczuwali.
Dobrze pamiętam ten czas, kiedy była na pierwszej linii frontu. Nie było załamywania się. Styl rodziny był taki, że nie było lamentowania nad utratą. To dawało wolność.
Mama strasznie szybko chodziła. Po wojnie przyjeżdżaliśmy do zburzonej Warszawy. Pamiętam, jak pędzi przez te ruiny. Chodziło się przecież na piechotę, bo inaczej nie dało się tam poruszać. Nie mogłem za mamą nadążyć.
Mówiłem już: teraz chodzę powoli. Czy będę chodził szybciej? Nikt nie wie. Może trochę szybciej chodzę, ale to ciągle nie jest to.
Mama nauczyła nas też wolności, która polega na tym, że człowiek nie jest wypadkową ocen ludzkich z zewnątrz, tylko ma świadomość swojej wartości. Nie dać się wytrącić ze swojego życia. Starać się przygotować do sytuacji, które mogą być w tym życiu dalekie od wyobrażonych. Czyjaś choroba rozwijała się po cichu i ten ktoś, bliski, nagle umarł. To jeden z takich momentów, kiedy trzeba sobie poradzić z czymś, co jest kompletnie niespodziewane. I nie jest powiedziane, że poradzenie sobie to jest obojętność albo nieczułość na ból straty, tylko że jeśli to przychodzi, nie zawala się cały nasz porządek.
- A jeśli się zawala? To znaczy, że prawdopodobnie był źle skonstruowany. Oparty na przekonaniu, że jeśli ktoś towarzyszył mi w życiu, to będzie to robił już zawsze. Tymczasem musi być jakaś przestrzeń na niespodziewane.
Jestem w dobrej sytuacji, bo zwykle musiałem to robić sam. Nie mam zbyt wielu ludzi koło siebie. I to nie teraz, tak w ogóle jest. Większość mieszkańców mojego domu zakonnego nigdy nie była w mojej celi. Ci, co byli, to byli wyjątkowo.
Jako młody ksiądz pojechałem w góry, sam z namiotem. W nocy ogarnął mnie taki płacz, bo zdałem sobie sprawę, że wybrałem taki sposób życia i będę sam. Potem już nigdy z tego powodu nie szlochałem.
Nadchodzi czas,
żeby pewne rzeczy samemu przemyśleć. Najpierw, żeby zdać sobie sprawę, co to jest za sytuacja – ta, w której się znalazłem. Wbrew pozorom to jest czasochłonne, bo jak człowiek jest w jakiejś sytuacji, to nie bardzo potrafi na nią spojrzeć z boku.
Po tych chorobowych przejściach dużo rzeczy, które kiedyś brałem serio, dzisiaj biorę z dystansem. A może taki dystans udaje się osiągnąć dopiero na starość? Albo wtedy, kiedy dopada nas choroba? Nagle zdajemy sobie sprawę, że różne rzeczy, którymi dotąd żyliśmy, są właściwie nieważne? Są przecież sprawy w naszym życiu, które może nie teoretycznie, ale na pewno praktycznie były na szczycie tych najpilniejszych i potem nagle okazuje się, że wcale nie były aż tak istotne. Dla mnie takim doświadczeniem jest
dziennikarstwo
Dawniej siadałem do pisania i wiedziałem, że mój tekst będą czytali ludzie. A w związku z tym chciałem w tym tekście wypaść jak najlepiej. Teraz kompletnie mnie to nie zajmuje, choć oczywiście dalej się staram napisać jak najlepiej.
Można sobie też uświadomić nagle, że głupio żyliśmy. Robiliśmy niemądre rzeczy, a przez to straciliśmy coś ważnego. Przemyślenie, które może człowieka strasznie przygnębić – stracił jakąś część życia, którą mógł inaczej przeżyć. Ale może też mieć refleksję, żeby to, co mu zostało, przeżyć mądrze. Brzmi banalnie, ale w praktyce wcale takie nie jest.
Mam świadomość, że przede mną końcówka życia. Ona jest teraz bardzo wyraźna, zwłaszcza po udarze. I co z tego wynika? Nic. Jest w tym coś nawet zabawnego.
Życzę nam, chrześcijanom,
byśmy uwierzyli, że dla nas właściwymi miejscami nie są miejsca pierwsze, lecz ostatnie.
Byśmy, w imię dobra czy bezpieczeństwa naszych instytucji, nie dawali się wrabiać w uzależnienie od jakiejkolwiek ideologii czy politycznej strategii.
Byśmy uwierzyli, że dobro instytucji – nawet ważnych i użytecznych – nie jest dobrem najwyższym, że o trwaniu Kościoła decyduje nie bezpieczeństwo materialne, ale wierność Ewangelii.
Byśmy dostrzegali działanie Boże także poza wyznaczonymi przez nas granicami norm kanonicznych i ortodoksji (co nie znaczy, że te granice nie są ważne, a czasem konieczne).
Byśmy przestali się bać świata i siebie nawzajem, naszej różnorodności i inności.
Byśmy uprawiając „nową ewangelizację”, większą wagę niż do słów przywiązywali do dawania świadectwa własnym życiem.
Byśmy nigdy o nikim nie myśleli, że jest „przypadkiem beznadziejnym”, byśmy nikogo nie osądzali.
Byśmy, widząc poczynione przez ludzi spustoszenia, nie poddawali się pesymizmowi („to już jest nie do naprawienia”), lecz zabierali się do naprawiania.
Byśmy wciąż uczyli się słuchać innych i nie zatykali uszu, gdy mówi ktoś o innych niż nasze przekonania.
Byśmy się pogodzili z tym, że droga każdego człowieka do osobistej więzi z Chrystusem jest inna, i tę inność traktowali z dyskrecją i szacunkiem.
By każdy z nas wypracował sobie własny sposób praktykowania miłości bliźniego, ale nie pełen łatwych, mało konkretnych sposobów dla uspokojenia własnego sumienia.
Byśmy nie byli prorokami klęsk, mistrzami wykluczania innych, budowniczymi murów, lecz byli budowniczymi mostów między ludźmi, zawsze (na imieninach cioci, we własnym domu, w ławach Sejmu, w firmie, w autobusie).
Życzę też, byśmy nie byli ponurakami. Zmartwychwstanie jest obietnicą przyszłej nieśmiertelności, więc na wszystko możemy spokojnie patrzeć w perspektywie wieczności.
Godna Starość... Papież Franciszek na spotkaniu z biskupami już po odmówieniu modlitwy końcowej nagle dorzucił to zdanie: „I nie zapominajcie o dziadkach, którzy są pamięcią ludu”. O dziadkach zresztą kilkakrotnie mówił do młodzieży („Szanuj dziadków, ponieważ w ich pamięci jest przyszłość”).
Różnie bywa ze słuchaniem i szanowaniem dziadków, ale i z tą pamięcią dziadków. (…) Starość niekoniecznie znaczy mądrość. Św. Tomasz prosząc Boga o dobrą starość modlił się: „Panie, zachowaj mnie od zgubnego nawyku mniemania, że muszę coś powiedzieć na każdy temat i przy każdej okazji. Szkoda mi nie spożytkować wielkich zasobów mądrości, jakie posiadam, ale Ty, Panie, wiesz, że chciałbym zachować do końca paru przyjaciół. Nie śmiem Cię prosić o lepszą pamięć, ale proszę Cię o większą pokorę i mniej niezachwianą pewność, gdy moje wspomnienia wydają się sprzeczne z cudzymi. Użycz mi chwalebnego poczucia, że czasami mogę się mylić”.
Na podstawie materiałów archiwalnych ks. Adama Bonieckiego
Opr: Bogumił Drogorób
Fot. Pixabay
Napisz komentarz
Komentarze