Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
niedziela, 6 kwietnia 2025 03:18
Reklama

Odwiedziny

Odwiedziny

- Przepraszam....proszę pana...panie Lapoński. Obrócił się i podszedł do kontuaru.
- Pański paszport – uśmiechnięta recepcjonistka wręczyła mu granatowy dokument. Uśmiechnął się z roztargnieniem i wyszedł z hotelowego holu.
- Kiedyś głowę zapomnisz – powiedziałaby z pewnością matka, mierzwiąc mu, dziś już mocno siwiejące włosy.

Na zewnątrz czekała taksówka, było wczesne popołudnie i zaczął prószyć śnieg. Chciał zdążyć przed zmierzchem, aby zobaczyć trochę industrialnych ruin. Minęli Piotrkowską. Taksówkarz znał miasto i nieomylnie zatrzymał się przy oczekiwanym miejscu. Przedarł się przez zdemolowaną siatkę i stąpając po nierównym, zarośniętym gruncie poczuł dreszcz emocji – oto zabytkowe gruzy rodzimej i niemieckiej rewolucji przemysłowej. Wystające, pordzewiałe zbrojenia utrudniały chodzenie, lecz pobudzały wyobraźnię, podobnie jak mury i kraty pustych okien na tle ciemniejącego nieba 
- Panie, tu nie wolno! - wzdrygnął się słysząc natarczywy głos. Stróż wyrósł tuż za nim, jak w dreszczowcu. Miał przewagę wspartą zaskoczeniem i latarką...
- Dobry wieczór – stęknął – ja tu tylko tak, chciałem zobaczyć jak to kiedyś, no, co z tego zostało – powoli odzyskiwał równowagę.
- Tu nie ma co oglądać – był stanowczy, z latarką.
- No wie pan, tak tu chodzę, inspiracji szukam...
- Panie, tu nie ma co szukać, wszystko co było na złom rozkradli. Nic pan nie znajdzie – złagodniał właściciel latarki wynajęty na stróża – mieszkania z tego gruzu modne będą robić, lofty czy jak tam. Rozgadał się. Robiło się szarawo. Zaprzyjaźniony już stróż odprowadził go na skróty, do czekającej taksówki.

Wczesny, zimowy wieczór prószył nadal zimowym śniegiem. Wydawało się, że gęstniał większymi płatkami. Rozjarzona łódzka manufaktura, majstersztyk rewitalizacji, zapraszała świątecznie rozedrgany tłum szukający atrakcji i prezentów dla bliskich. Lubił zimę, ale nie była to jego ulubiona pora odpoczynku. Tyle razy obiecywał sobie letnie wakacji w Starym Kraju. Najchętniej nad Bałtykiem w jednej z tych małych wiosek pachnących rybami i przepoconymi rybakami o twarzach wyprofilowanych przez morze, kutrami na plaży, które pamiętał sprzed lat wielu i o których wiedział, że już dawno być przestały wioskami. Ale i tym razem wyszło inaczej i też w grudniu. Przejeżdżał wówczas Polskę wzdłuż i wszerz z torbą na ramieniu, w kurtce koloru khaki z czasów wojny koreańskiej, odwiedzając rodzinę i przyjaciół. Ładował akumulatory miłości i sentymentów. Przystanął przy ciągu straganów w kolorach verde – bianco – rosso. Z przyjemnością słuchał młodego sprzedawcę, który na przemian to w śpiewnym, to w zabawnym, polskim języku, zachwalał dojrzewające sery. Ładny chwyt reklamowy, pomyślał widząc licznych kupujących. Po chwili kawałek parmegiano reggiano dał mu to, czego oczekiwał; rozpływający się na języku i podniebieniu (słowo „podniebienie” musi mieć związek z niebem) rozkosz i z niczym nieporównywalną błogość. Sielanka jak u Teokryta – pomyślał.

Wieczór był chłodny lecz nie mroźny. Usiadł w stanie rozkoszy. Wśród cicho opadającego śniegu, przymknięte powieki przywoływały wspomnienie pierwszego śniegu dzieciństwa. Tego bez zamieci i wichury, bezszelestnego i pokrywającego wszystko, nawet ostre kolce płotów ubierając je w czapeczki i stojące w kożuchy włoskie topole, okalające rodzinny dom. Kładli się z bratem na miękkiej kołdrze ogrodu, przy późno jesiennej gruszy. Patrzyli w szare niebo sypiące trochę jaśniejsze od niego strzępki w zaklętą w nich niepowtarzalnością świata. Świadomość tej cudowności, wątła jak krótkie było istnienie ciepłego śniegu, osiadającego na jednopalczastych rękawiczkach, nie pozwalał zanotować w pamięci doczesnego cudu. Zaschnięte łodygi ozdobnych traw i floksów ich matki, w swej ciszy pozwalały kręcącym się językom wyłapywać całe gwiazdozbiory, głośno je liczyć i komentować, a prawa fizyki zostawały na rzęsach i policzkach jak dowód nieuświadomionej szczęśliwości. I gdyby nie kalendarz z wyrywanymi codziennie kartkami, można było pomyśleć, że to letnie, leniwe popołudnie.

Wczesne wstawanie nie należało do jego ulubionych zwyczajów, ale czasem niespodziewanie sprawiały przyjemność. Było jeszcze ciemno, gdy pojawił się na dworcu Łodzi Fabrycznej.  Zapamiętał go jako zaniedbany i bez istotnych szczegółów (szczegółami zajął się niegdyś Andrzej Brycht w jednym z opowiadań). Stanął w niemym zaskoczeniu i zachwycie wobec przestrzeni i odwagi architekta.  Wrażenie potęgowała cisza i pustka wczesnej pory.
Czar prysł, gdy przy kasie dowiedział się o awarii systemu, a bilet do Iławy może kupić w pociągu.
- ….ale nie wiem, bo to trzeba z konduktorem...no, wie pan....bo miejsc już nie ma...
Był umówiony z przyjacielem, który miał mu ułatwić dalszą podróż z odległej Brodnicy. Zajął miejsce w pustym przedziale. Jeszcze raz spojrzał na niedbale urwany bilet z konduktorskiej torbo-drukarki. Zachowany tekst brzmiący: ….gwarancji miejsca siedzącego.... nic dobrego nie wróżył. Będzie co ma być. Umykające śnieżne pejzaże syciły oczy i uspokajały. Spod zmrużonych powiek dostrzegł zwalistego czterdziestolatka o karku okazałej golonki. Zamknął drzwi przedziału z energią i ciężko dysząc wyjął z torby sporej wielkości ekran, który okazał się być telefonem i konsolą do gry jednocześnie. Po chwili zespolił się ze swym kombajnem i grał grą, stękając onomatopeicznie z językiem wyczyniającym olimpijskie cuda. Serdelki palców zdradzały mistrza stenopisania. Obcisłe naprężone niczym rajtuzy spodnie i opięta do bólu modna marynarka, zdawały się przekraczać wszelkie normy bezpieczeństwa przyjęte przez producenta. 
Kolejna stacja przyniosła dziewczynę z dużą walizą i telefonem przy uchu, z którym zdawała się być zespolona genetycznie. Nie przestając rozmawiać, otworzyła przedział i zanim zaproponował pomoc, dociskając policzkiem telefon do ramienia, wbrew zasadom ciążenia wtłoczyła walizę na półkę. Odniósł wrażenie, że oto czasoprzestrzeń zmienia swoje zasady. Wszystko to działo się w trakcie nieprzerwanego toku dysponentki niezwykłych możliwości. Wrócił do obserwacji zmieniającego się już w dziennym świetle krajobrazu i gęstniejącego śniegu.
Warszawa Centralna przywitała ich przedział czwórką nowych pasażerów, matka z trójką wyalienowanych nastolatków zatopionych w ifonach. Tknięty niejasnym przeczuciem, wyjął niekompletny wydruk i zrozumiał, że nie ma gwarancji miejsca siedzącego. Oderwane słowo „bez” zmieniło jego pasażerski status. Przeprosił za nieporozumienie i wyszedł z przedziału. 
Na korytarzu panował tłok. Pasażerowie przemieszczali się nieustannie, jakby gdzieś tam można było znaleźć więcej przestrzeni. Dotknął czołem zimnego okna. Wraz z mknącym wagonem, jak w wyścigach zimowej olimpiady, wrony nie chciały dać za wygraną.
Przypomniał sobie ten poranek gdy wyszedł do ogrodu sprawdzić kondycję zeszłodniowego bałwana. Gdy go doglądał usłyszał krakanie. Nie byłoby w tym nic dziwnego – wrony były w jego dzieciństwie kimś oczywistym, lecz ona musiała być na wyciągnięcie ręki. Jak okiem sięgnąć gołe agresty, krzewy, suche badyle kwiatów  i grządki jego matki, jak i bezwstydna o tej porze grusza i czereśnie, ustrojone jedynie w białe czapy, nie dawały schronienia nikomu.
Po chwili dotarł do celu, która choć otwarta nie dawała wyjścia. Była to beczka wkopana w ziemię, w celu gromadzenia krowich placków. Wyprawy po nie na pobliskie łąki wiosną i latem w towarzystwie ojca, były udręką bez możliwości odwołania się do wyższej instancji. Ku uciesze tych, którzy ogródków nie mieli. Przemarsz na miejsce kaźni z krótką szufelką i wiaderkiem, odbywał się przed szpalerem prześmiewców i drwiących kotów. Zawsze zastanawiał się skąd dowiadywali się o oczekującej nań golgocie. Jak oto pusta o tej porze beczka skrywała wyczerpanego, zmarzniętego i nie mającego dobrych notowań ptaka, który licząc na nie wiadomo co, w ten trzaskający poranny mróz był prawdziwym, wołającym na puszczy. 
Wraz z pierwszym wiosennym otwarciem okien chłopięcej sypialni, wyleciała w kierunku topól i łąk zostawiając za sobą niedojedzoną pszenicę i zapaskudzone gazety na orzechowej, secesyjnej szafie oraz wyraz pomarańczowo-granatowych oczu, obserwującym całą zimę życia w pokoju chłopców. Nigdy też nie powróciła, by okazać wdzięczność jak czytał w książkach.

Tuż obok stał drobny mężczyzna z ośmiolatkiem, ujmująco niepewnym uśmiechu, wpatrującym się w szare, nacierające strzępki, omiatające rozpędzone wagony, niemogące nic im zrobić. Na korytarzu, mimo panującego tłoku zdawało się być ciepło i przytulnie. Mimowolnie przysłuchiwał się ich rozmowie. Ojciec usiłował rozładować napięcie, przekonując syna, że pobyt w kliniec, to tylko dwa tygodnie a po powrocie będzie słyszał nawet przelatującą muchę. Widać było, że sam również nie dawał sobie rady z czekającą ich rozłąką.
- Mówię ci, chłopie, wszystko co będziesz chciał! On tego przypilnuje, bo On nie tylko prezenty przynosi.
- Tato, przecież Mikołaja nie ma – chłopiec uśmiechnął się.
- A tam, nie ma, nie ma...! Jest! Zapytaj tego pana czy jest – najwyraźniej czekał na wsparcie.
Wyrwany do odpowiedzi spojrzał na chłopca.
- Oczywiście, jest – odpowiedział z całą pewnością.
- A skąd pan wie? - zapytał dociekliwie z iskierką żartu, może oczekując od tej rozmowy takiej właśnie lekkości, patrząc nieznajomemu w oczy.
- Bo to ja jestem świętym Mikołajem – powiedział podróżny.  - Eeee, pan żartuje – mały nie chciał uchodzić za łatwowiernego.
- Nie wierzysz? - pochylił mocno szpakowatą głowę z kilkudniowym, białym zarostem, - Dotknij, obciąłem ją kilka dni temu, za długa była, robiły mi się dredy i sople.
- Naprawdę??? – oczy chłopca zmieniły kształt. Podróżny bez słowa wyjął amerykański paszport.
- Mikołaj Lapoński – chłopiec wolno przeczytał.
- Cool! Jeśli będziesz mnie potrzebował zadzwoń!
- Ale ja nie znam numeru do pana...
Wyjął z kieszeni wojskowej kurtki spiżowy dzwoneczek, nabyty w łódzkiej Manufakturze, z garścią leszczynowych orzechów z kieleckiej działki. Policzki chłopca nabrały rumieńców, a cała zawartość znalazła się w otwartych dłoniach małego.
- Pamiętaj, wystarczy do mnie zadzwonić, dzyń-dzyń, dzyń-dzyń!
Pociąg Intercity zwalniał przed iławskim, małym peronem. Ruszając pospiesznie ku wyjściu usłyszał jeszcze ojca ciche „dziękuję”. Dzyń-dzyń – zdawał się mówić chłopiec z nosem przyklejonym do szyby odjeżdżającego pociągu. Dzyń-dzyń bezgłośnie odpowiedział zmierzając ku schodom peronu.
Omiótł wzrokiem iławską halę dworca z jej freskami herbów miast. Wyszedł na zewnątrz. Na nieodległym parkingu dostrzegł czekający nań pojazd. Miało być coś do jedzenia. I jest. Przyjaciel i tym razem nie zawiódł. Odgarnął nadal prószący śnieg i poprawił pakunki na tylnym siedzeniu. Usadowił się wygodnie i strzelił z bata. Szóstka ruszyła z kopyta, wciskając go w wygodny, podgrzewany fotel. Rozpuszczające się błyskawicznie śnieżne igiełki nakłuwały policzki. Renifery zatoczyły łuk w pobliżu zabytkowego dworca Iława Główna i pognały na południe.

- Proszę pana – ktoś dotknął jego ramienia. Spod wiszącej kurtki wystawił głowę, dostrzegł mobilną, ładną pracowniczkę Intercity. - Dojeżdżamy do Iławy, prosił pan żeby obudzić...
W przedziale oprócz niego nie było nikogo. Za szybą zwalniającego pociągu mignęła twarz przyjaciela z aparatem fotograficznym na szyi.

Tekst i fot. Jarosław Maculewicz
Dziennikarz polonijnego radia w Chicago

Jarosław Maculewicz jest urodzonym w Gdańsku Ślązakiem, biegle władającym śląskim językiem etnicznym. Studiował filologię polską na Uniwersytecie Śląskim, ukończył też studium aktorskie. W czasie studiów dorabiał jako geodeta, sprzątacz i wychowawca w zakładzie karnym. 
W 1989 r. wylądował w Chicago, żeby zarobić na wymarzoną chatę w Beskidach, której nie zbudował, ale zdobył doświadczenie jako spawacz, ślusarz i tzw. pracownik azbestowy.
W 1993 r. zajął się dziennikarstwem radiowym. Radio Przeciek gościło na antenie przez blisko ćwierć wieku. Był również prezenterem telewizyjnym oraz inicjatorem, reżyserem i wykonawcą wielu wydarzeń artystycznych i społecznych. Z kilkoma tyszaninami założył istniejący do dzisiaj, prężnie działający Związek Ślązaków w Ameryce Północnej, którego był wieloletnim wiceprezesem i prezesem.
Pisze nieregularnie od dawna. Jego opowiadania i formy z pogranicza reportażu literackiego – choć nie stroni też od innych gatunków – publikowane były w czasopismach w Polsce.
W antologii opowieści emigracyjnych pt. „Kierunek Ameryka” - Wydawnictwo Evergreen, Chicago 2022 - znajduje się jedno z wielu opowiadań Jarosława Maculewicza.

 


Podziel się
Oceń

Napisz komentarz

Komentarze

Reklama
Ostatnie komentarze
Autor komentarza: LupusTreść komentarza: Narazie zabawa. Oglądaliśmy rzuty. Grzmi tylko oszczepniczka małolatka U-14. Za rok prawda o potędze wyjdzie albo nie. Kto wejdzie na bieżnię, ten jest lekkoatletą, a ten kto z nimi jest na bieżni jest trener z nazwy. Data dodania komentarza: 16.05.2023, 20:44Źródło komentarza: Lekkoatletyka. Sukcesy brodnickich biegaczyAutor komentarza: KuracjuszkaTreść komentarza: Ale NUMER opisał super Redaktor Bogumił! A tak naprawdę - to z czekaniem do sanatorium - to też numer i to w kolejce długiej! A tyle dajemy na NFZ, by zdrowym być i marzyć, by mieć wciąż te dzieścia lat.. kuracjuszka, ale jeszcze bez numeru.....Data dodania komentarza: 11.05.2023, 20:13Źródło komentarza: Sanatoryjny numer 4457Autor komentarza: joko Treść komentarza: Niech się wasz trener nie chwali . Słyszałem ze dawniej jemu wszystkie plany przysyłał i był na obozach jakiś trener z Iławy. Dlatego w mukli miał nawet mistrzów Polski na 400m i w sztafetach. Teraz leci na jego planach, ale wyników medalowych to oni od 6 lat nie mają, bo z tego trenera zrezygnował. Mukla ma nawet dobry do LA stadion a lepiej żeby miała dobrego trenera do medali. Chyba że wpadnie mu jakiś zawodnik co był już mistrzem Polski, to może zrobi z niego mistrza województwa. Data dodania komentarza: 9.04.2023, 09:00Źródło komentarza: Lekkoatletyka. Pot i ciężka pracaAutor komentarza: lolek Treść komentarza: Mierne ta wyniki latem mieliścieData dodania komentarza: 8.04.2023, 20:30Źródło komentarza: Lekkoatletyka. Pot i ciężka pracaAutor komentarza: WiKTreść komentarza: Życzę powodzenia i zachwyconych gości. Oczywiście ciekawa jestem jak kaczka się udała?Data dodania komentarza: 7.04.2023, 23:17Źródło komentarza: Kaczka faszerowana kasząAutor komentarza: CzesiaTreść komentarza: Super Wiesiu! Takie danie po nowemu zrobię na te Święta, bo do tej pory głównym dodatkiem był ogrom jabłek... Dzięki za przepis.. Dam znać, jak smakowała gościom... pozdrawiam już z apetytem! CzesiaData dodania komentarza: 7.04.2023, 17:17Źródło komentarza: Kaczka faszerowana kaszą
Reklama
Reklama