Opowieść jest o dziewczynie, która weszła w dorosłe życie. Rozpoczęcie studiów było dla niej nie tylko wejściem w świat akademicki, naukowy, ale... niech się niesie to wspomnienie, wysłuchane i zapisane raz, kiedyś, na reporterskim szlaku.
Jaś był owocem wakacyjnej nocy spędzonej na biwaku z grupą koleżanek i kolegów i z naszym wychowawcą. Podkochiwały się w nim wszystkie dziewczyny w LO. Mnie też się podobał, ale, że będzie moim pierwszym mężczyzną nigdy nie myślałam. Piwo, gitara i cudownie ugwieżdżone niebo sprawiły, że to się stało.
Wakacje dobiegły końca. Pojechałam na swoje wymarzone studia. Rodzice wynajęli malutkie mieszkanko, które dzieliłam z koleżanką. Rzuciłyśmy się w wir zajęć i studenckiego życia.
O tym, że jestem w ciąży dowiedziałam się na początku grudnia. Łzy, płacz i niedowierzanie zawładnęły mną bez reszty. Nie wiedziałam jak dam sobie radę. Bałam się też rozmowy z rodzicami. Tak bardzo liczyli, że mój start w dorosłe życie będzie dobrze przemyślany. Na Boże Narodzenie przyjechałam dopiero w wigilię.
Świąteczna atmosfera, choinka i na chwilę zapomniałam o moim problemie. Były to moje ostatnie, w miarę radosne święta.
O ciąży powiedziałam w dniu wyjazdu. Była awantura, krzyki i wyrzucenie z domu. Rodzice powiedzieli, że nie będą mnie utrzymywać. Niech to robi tatuś dziecka. Ojciec Jasia o ciąży nie wiedział. I tak jest do dziś. A Jaś nigdy nie pytał kto jest jego tatą.
Wystraszona, w upiornej beznadziei za ostatnie pieniądze kupiłam bilet i pojechałam do Gdańska. Po drodze, w pobliżu Dworca Głównego, weszłam do kościoła. Był półmrok i cicho. Usiadłam przy szopce bożonarodzeniowej. Nie modliłam się. Nie wiedziałam czy mam prawo. Nie mam pieniędzy, nie mam pracy, jestem w ciąży. Może być gorzej? Siedziałam i płakałam. Nie wiem ile czasu spędziłam w kościele. Ale patrząc na szopkę i Maryję z dzieciątkiem, pomyślałam, Ona miała gorzej i dała radę. Ja też dam radę. Muszę.
Z zamyślenia wyrwał mnie ksiądz. Drobny starzec. Płaczesz dziecko. Płacz i proś o co chcesz. Ona Cię wysłucha i pomoże, powiedział. Kościół za chwilę zamykam, ale jutro znów otworzę. Poszłam po kilku dniach. W konfesjonale siedział znajomy ksiądz. Uklękłam i zaczęłam od tego, że jestem w ciąży, o resztę dopytał mój, jak się okazało wybawca. Dał mi pracę w scholi. A potem jeszcze dołożył rysunki, które dzieci powielały na lekcje religii, a potem były kartki wielkanocne i komunijne książeczki. Pracy mi nie brakowało, a i z pieniędzmi nie było źle.
Ciąża nie sprawiała mi kłopotów, więc mogłam pracować i uczyć się. Koleżanki pomagały przygotować wyprawkę. W trudnych chwilach telefonowałam do domu. Nie odbierali.
Rok studiów, prawie w całości, zaliczyłam przed terminem. Gdy Jaś się urodził byłam najszczęśliwszą mamą na świecie. Był zdrowy i śliczny. Ale było mi ciężko. Nie miałam z kim dzielić radości. Bardzo brakowało mi mamy. Miałam do niej tyle pytań. Niestety, byłam sama.
Pierwsze tygodnie po urodzeniu spędziłam w ośrodku duszpasterskim. Potem wróciłam do Gdańska. Koleżanka, z którą mieszkałam bardzo mi pomagała przy Jasiu. Zostawała kiedy trzeba, a także organizowała dla niego opiekę wśród znajomych z uczelni. W parafii dalej pracowałam, dostawałam też stypendium i jako samotna matka różne świadczenia od państwa.
Chciałam, by Jasiowi niczego nie brakowało, aby nie odczuł braku taty. Chroniłam go i starałam się za niego rozwiązać każdy problem. W pewnym sensie, mężczyznę zastępowali mu moi koledzy, którzy chętnie zabierali go na rower i na mecze.
Jeszcze na studiach dostałam pracę w pracowni projektowej. Po magisterce, przejście do zespołu na etat, to była czysta formalność. Finansowo było ok, ale najgorsze zawsze były święta. Wtedy zostawaliśmy sami, gdyż znajomym nie chciałam burzyć rodzinnych świąt. Jak Jaś trochę podrósł uciekaliśmy w góry. Ale często rozmyślałam, jakie przekażę wzorce mojemu synowi? Jakie tradycje?Czy uda mi się zastąpić mu ojca i resztę rodziny? Głównie dziadków, bo ciocie i wujków ma wśród moich przyjaciół. Martwiło mnie to.
Pierwszy problem wychowawczy pojawił się, gdy Jaś wyjechał z klasą na wycieczkę. Prosił wychowawcę o przedłużenie czasu wolnego. Nie otrzymał zgody, a mimo to nie wrócił na czas. Po wycieczce wezwano mnie do szkoły. Jaś dostał naganę i karę dodatkową. Miał chodzić do przedszkola dla dzieci niepełnosprawnych i czytać im bajki. Nie chciał tego robić, więc ja postanowiłam go z tego wykręcić. Ale koleżanka wybiła mi ten pomysł z głowy. Musi to odpracować. To jego kara. Z początku chodził niechętnie. Buntował się, ale z czasem o dzieciach zaczął opowiadać, a później to nawet wymyślał dla nich fajne zabawy i z kieszonkowego kupował im słodycze.
Zbliżały się święta. Jak zwykle planowałam wyjazd, ale Jaś powiedział, że chce zostać w domu, bo musi w tym czasie odwiedzać swoich podopiecznych. Tak ich nazywał. Nie miałam wyjścia, tak prosił, że się zgodziłam. Zaczęłam przygotowania, aby zrobić mojemu synowi pierwsze rodzinne święta. Takie jakie pamiętałam z mojego domu. Szczególnie z wigilijnymi i świątecznymi potrawami nie szło mi najlepiej, ale od czego internet i koleżanki. Gdy już choinka była przystrojona, a na stole lśnił biały obrus, na nim sianko i opłatek, prezent od księży Palotynów, zadzwonił dzwonek. Otworzyłam drzwi. Nie wierzyłam własnym oczom. W drzwiach stali moi rodzice. Znieruchomiałam. Nie mogłam zrobić kroku, ani wydusić choćby jednego słowa. Dopiero, gdy mama postawiła walizkę i mnie przytuliła, uwierzyłam, że to nie sen.
To wtedy na wycieczce mój syn ich odszukał. I razem przygotowali tę niespodziankę. To były moje najpiękniejsze święta Bożego Narodzenia. O takich śniłam przez te wszystkie lata. A mój syn jest odpowiedzialnym młodym człowiekiem. Dałam radę, mimo że samotnie, wychowałam wrażliwego, mądrego człowieka.
Notowała: Wiesława Kusztal
Napisz komentarz
Komentarze