Mimo że minął tydzień od narodowego święta wciąż rozmawiamy o 11 listopada. Ale nie skupiamy się nad ważnością tej daty, ani nad tym jak bezcenny dar Ojcowie Niepodległości przekazali kolejnym pokoleniom. Widząc z jaką łatwością, okupiona krwią przodków wolność jest niszczona mówimy, że pielęgnowanie i mądre oraz godne korzystanie z wolności, jest nie mniejszym wyzwaniem niż walka o tę wolność.
Jeszcze kilka lat temu
nikomu nie przyszłoby do głowy, że państwo odda symbole narodowe i jedno z najważniejszych świąt, organizacjom skrajnie radykalnym. W tym roku decyzją władz Marsz Niepodległości powierzono Bąkiewiczowi i nacjonalistom. Mimo sprzeciwu wielu środowisk i wyroków sądów rząd postawił na swoim. A my zdumieni wciąż pytamy, dlaczego to nie Wanda Traczyk-Stawska i jej przyjaciele Powstańcy Warszawscy szli u boku prezydenta i premiera na czele Marszu Niepodległości? Dlaczego twarzą patriotyzmu i trybunem władzy stał się faszysta?
Dziś, po Marszu
władza cieszy się, że było względnie spokojnie. A jak miało być skoro według różnych źródeł była kilkunastotysięczna obstawa służb mundurowych.
Mamy ich podziwiać, bo nie wybijali szyb, choć mogli i nie wyrywali płyt chodnikowych, też mogli. Nie rzucali koszami na śmieci, ani ławkami, tego akurat nie mogli, bo uprzątnięto je z trasy marszu. Może chwalić za to, że nie podpalili żadnego mieszkania? Jedno co udało im się w tym patriotycznym szale spalić, to wizerunek Donalda Tuska i niemiecką flagę. Swoją drogą trochę to wstyd przed światem, że palenie na Marszu Niepodległości flagi i wizerunku byłego premiera może się komuś kojarzyć z patriotyzmem.
Z patriotyzmem kłóci się też - Han pasado! Przeszliśmy! Okrzyk jakim marsz zakończył Robert Winnicki, poseł Konfederacji i lider Ruchu Narodowego. Takim hasłem podczas hiszpańskiej wojny domowej posługiwali się żołnierze gen. Franco. Co to ma wspólnego z patriotyzmem i z tą piękną rocznicą? Co wspólnego z miłością do Ojczyzny mają antyunijne i antysemickie tyrady i hasła?
Niestety obchody nie były radosne,
ani optymistycznie. Jak zwykle w przemówieniach przeważało straszenie i dzielenie obywateli. Mimo chwalebnych okoliczności - odzyskanie wolności po 123 latach zaborów, nie było nic świątecznego i podniosłego i nic co dawało nadzieję. Ani w przemówieniu na Pl. Piłsudskiego w stolicy, ani tym bardziej w Kaliszu, ani w Krakowie dokąd prawie w pełnym składzie udała się (zdezerterowała) wierchuszka. Wszędzie dominowała martyrologia, smutek i szukanie wrogów, a nie sojuszników. Brakowało wspólnoty i radości.
Ale jak się dobrze wsłuchać w kazanko Bąkiewicza, substytuta władzy, to były momenty nie tyle radosne, co komiczne. Zwłaszcza, gdy czołowy „patriota” Polski mówił o niesieniu ciemnocie w kraju i w Europie „krużganka oświaty”. Oczami wyobraźni słuchacze tej tyrady ujrzeli faszystę, jak z krużgankiem na plecach zmierza na Zachód.
No cóż, brak wiedzy z podstawówki
nie jest wyjątkiem wśród obecnych elit. Nawet ci, którzy nie wiedzieć jakim cudem mają dyplomy ukończenia studiów wyższych i co gorsza zawodowo odpowiadają za niesienie kaganka oświaty, też mają z nim problem. Bo do końca nie wiedzą co chcą nieść: kaganiec, czy może jednak, panie ministrze, kaganek. Wyjaśniając dodam, że krużganek to element architektury, otwarty korytarz, ciągnący się przeważnie wzdłuż wewnętrznego dziedzińca budynku. Kaganiec, z kolei to przedmiot zakładany na pysk zwierzęcia (najczęściej psa) w celu uniemożliwienia mu szczekania i ugryzienia człowieka. Myślę, że zdecydowanie łatwiej było uczyć Francuzów posługiwania się widelcem niż na plecach nieść Europie krużganek oświaty.
Swoją drogą może na wyposażenie dla władzy warto zakupić kagańce. Najlepiej dość ciasne. Pewnie byłoby to z korzyścią dla obywateli i dla naszego wizerunku w świecie.
Wiesława Kusztal
Napisz komentarz
Komentarze